Nowy rok nowe wyzwania. Wyzwanie na dzisiaj: spać więcej niż 2 godziny dziennie.
Tak, moj blog jest redizajnowany, rebrandowany, i bedzie się skupiał na kronice mojej walki z besennościa.
Cel? Zachowanie zdrowego rozsądku? Psychoanaliza? Walka o zwiekszenie poczucia własnej wartości za pomocą Google ad-sense?
W każdym razie zacznijmy od poczatku. Nazywam się Rafał. Mam 32 lata. I nie moge spać.
Jak widać nie wiem też jak poprawnie używać akapitów. Ale piszę te słowa po 2 do 3 godzinach snu.
Dzień zaczał się całkiem dobrze. 6 stycznia, Boże Ciało (sie zesrało - tak wiem kloaczny humor, ale zauważyliście nazwę bloga nie?). Spęfdziłem cały dzień relasując się grając w Persona 4: Dancing All Night (recenzja już wkrótce na tym drugim blogu gdzie na serio będę recenzował filmy, gry, książki itp, jak tylko znajdę chwilę by go założyć, ale długi nawias. Pani w podstawówce zawsze mnie opierniczała bo robiłem takie długie zdania w nawiasach, jak pisałem wypracowania, ale w sumie brała też psychotropy na lekcjach więc nikt nie traktował jej poważnie.), grę muzyczną gdzie można sobie potańczyć jak pan Bóg przykazał, czyli leżąć na kanapie i wciskając guziki. Byłem właśnie w trakcie kolejnej solówki, wywijajac na parkiecie niczym Majkel Dżekson gdy nagle zrobiłem się senny.
No i co z tego - pyta teraz moja mama jedyna "fanka" tego blogu (żartuje, moja matka nie czyta blogów) - jesteś senny, szybka drzemka i napierdalasz dalej (MAMO! Jak się wyrażasz???).
Problem jest w tym że ludzie którzy cierpią na bezsenność, albo szeroko pojęte "zaburzenia snu" muszą kierować się innymi zasadami, niż reszta osób które przesypia sobie spokojnie 8 godzin każdego dnia (jak ja was kurwa nienawidze!!!!!!! poza tobą Darku, ty jesteś super). Nie wolno patrzeć w ekran komórki 30 minut przed snem. Nie wolno spać w ciągu dnia. Nie wolno pić kawy i napojów energetycznych. Należy się kłaśc spac i wstawać zwasze o tej samej godzinie. Wietrzyć sypialnie przed snem, relaksować się przed snem, wznosić modły do Cuthullu i trzymać końską podkowe pod poduszka.
No i nie można pić alkoholu. Nie. Można. Pić. Alkoholu....
Słowem, jeśli Morfeusz nie odwiedza cie w nocy twoje życie zaczyna powoli przypominać terminarz przedszkolaka, wypełniony zakazami, nakazami i pracą domową. No i oczywiście NIE DAJ BOŻE żebyś zaczął się stresować tymi wszystkimi rzeczami których musisz przestrzegać bo stres oczywiście prowadzi do...bezsennosci.
Dlatego też gdy w nocy o 01:37 nad ranem (kolejne przewinienie, nie możesz spać - nie możesz patrzeć na zegarek) gdy Rafał obudził się zlany potem, przewrócił sie na drugi bok mając nadzieję że zaraz zaśnie, Morfeusz nie odwiedził go już tej nocy....
Morfeusz, ty chuju.
Notatki z odbytu świata.
czwartek, 7 stycznia 2016
piątek, 14 marca 2008
Coming Soon to Supermarket near you !
Podczas dzisiejszego polowania w supermarkecie moje oczęta ujrzały coś tak głupiego, ze od razu poczułem obowiązek podzielenia się tym z blogową społecznością.....
O proszę, wygląda jak zwykły chleb tostowy, ale.....kiedy przyjrzymy sie bliżej.........
Toż to...........trailer nowego opakowania ! Zupełnie jak plakat reklamujący nowy film, czy książkę. Teraz czekam tylko na plakaty reklamujące nowy wygląd chleba tostowego, z datą kiedy pojawi się w supermarkecie.....Trzeba będzie wcześnie wstać, bo pewnie ustawią sie kolejki.....
Zastanawiam się czy istnieje jakaś społeczność fanów chleba.....Banda fanatyków wypieków którzy nie mogą spać po nocach, i godzinami obgadują design i smak pieczywa pełnoziarnistego....
Trzeba poszukać w google......
Zastanawiam się czy istnieje jakaś społeczność fanów chleba.....Banda fanatyków wypieków którzy nie mogą spać po nocach, i godzinami obgadują design i smak pieczywa pełnoziarnistego....
Trzeba poszukać w google......
środa, 12 marca 2008
Reed Richards jest moim sąsiadem.
Nie jestem fotografem. Ale mam aparat, w komórce. A wiadomo że jak się coś ma to trzeba tego używać. Pomyślałem więc że podzielę się z moją jakże liczną publicznością kilkoma zdjęciami swojego miasta. Wrzuciłem je już na digarta, devianta, i niedługo zacznę je rozsyłać pocztą, taki jestem pewny mojego talentu......
Na tym zdjęciu widzimy jak wygląda słońce w mojej rodzinnej miejscowości. T.j. w Strefie Negatywnej jeśli ktoś się jeszcze nie domyślił.
W poniedziałek niebo spadło nam na głowy. Ale szybko wróciło do siebie mamrocząc pod nosem "gdzie ja k.... jestem".......
Naprawdę myśleliście że w SN nie ma znaków drogowych ?
wtorek, 11 marca 2008
Inspire
Wpatruje się.
Przywykłem już do wpatrywania się w tą straszną pustą przestrzeń którą muszę zapełnić swoimi przemyśleniami. Jak zwykle takie wpatrywanie do niczego nie prowadzi. Zbyt blisko ikonki z napisem "Mozilla", zbyt blisko ulubionego serwisu filmowego, zbyt blisko forum na którym setki ludzi czekają żeby im udowodnić że moja prawda jest najmojsza, zbyt blisko stron z pornosami (serio, wiedzieliście że istnieje pornograficzny odpowiednik YouTube ?) (czy w nawiasach można stawiać znaki zapytania ?).....
Must write blog......Must focus......
Słowem nie wiem co napisać, złapałem jakąś bloggerską blokadę twórczą. Pewnie że mógłbym iść na łatwiznę, kogoś obchodzi co jadłem na śniadanie ?
Jadłem płatki na śniadanie, z mlekiem....Czekoladowe moje ulubione, więc dzień zaczął się nieźle, ale potem przyszła ta irytująca sąsiadka której znowu zawiesiła się komórka.....
Czy naprawdę kogoś to obchodzi ? Kto chce znać zawartość mojego żołądka ? Chyba tylko najbardziej zdesperowani fani reality show którzy wciąż nie mogą się pogodzić z faktem że telewidzowie ostatnio bardziej się interesują czy Edyta Herbuś potrafi śpiewać/tańczyć/przeżyć spotkanie z tygrysem syberyjskim uzbrojona tylko w krzesło i zatemperowaną marchewkę (?). Naprawdę w tym miejscu sam bym przestał czytać swojego bloga, chyba że pani Ziuta z domu obok nagle okazała by się kontaktem arabskich fundamentalistów a do mojego mieszkania wpadłby agent Jack Bauer wymachując pistoletem.......Doprawdy nikogo nie obchodzi co jesz na śniadanie uparty blogowiczu/blogowiczko, wszyscy maja gdzieś twoje zakupy/zdjęcia twojej rodziny/czy ulubiony rodzaj musztardy.
Jeśli naprawdę chcesz żeby ludzie z wypiekami na twarzy czytali o twojej nowej roślinie doniczkowej musisz spełnić jeden podstawowy warunek.
Byc sławny/a. Występować w jakiejś telenoweli która gości w domach polskich gospodyń domowych/"zbuntowanej" młodzieży (lepsza jest ta druga grupa społeczna, bo ta pierwsza często nie wie jeszcze co to internet), być żoną znanego piłkarza, albo znanym piłkarzem, czy ewentualnie wygrać jakiś popularny program z cyklu "na krzywy ryj do tv" (w tym ostatnim przypadku należy korzystać z możliwości póki są one dostępne, to jest do kolejnej edycji tegoż programu). Wtedy gwarantują, twój blog będzie miał setki tysięcy wejść rocznie (tak samo jak twój śmietnik).
Oczywiście zdaje sobie sprawę że właśnie obraziłem jakieś 99% swoich znajomych która prowadzi blogi, cóż żeby nie było ze potrafię tylko narzekać postaram sie chwycić w swoje ręce ciężki ster inspiracji.
Natrafiłem ostatnio na dość ciekawa książkę autorstwa nieznanej w naszym kraju niewiasty o imieniu Margaret Mason. Książszczyna ta zwie się "No One Cares What You Had for Lunch: 100 Ideas for Your Blog", i jak można się domyśleć z tytułu (speak english or die) dotyczy praktycznej sztuki czynienia swojego bloga interesującym. Autorka podaje również kilka przykładów które chciałbym w dzisiejszym tekście wyszczególnić (mam nadzieję że nie łamię żadnych praw autorskich czy cuś).
I tak jako przyklad z numerem primo mamy bloga autorstwa niejakiej Heather Powazek Champ (www.hchamp.com) która mieszka w San Francisco, nakłania ludzi do robienia sobie kapeluszy z foli i nie opuszcza domu bez aparatu (co mi przypomina pewna osobę, jeśli to czytasz you know who you are). Heather podjęła się pewnej specyficznej misji........
"Kiedy zostanę królową moim pierwszym dekretem będzie rozkaz prawidłowego umieszczania papieru toaletowego w pojemnikach do tego przeznaczonych.(...) A co z wygoda użycia, zapytacie ? Mam gdzieś wygodę użycia. Chcę żeby świat był piękniejszym miejscem, i zacznę od twojej toalety. Dziękuję."
Chore ? Tak. No i co z tego ? Chore jest interesujące, normalne jest nudne.
Poza tym na stronie Heather można zobaczyć kilka fajnych fotek, o dziwo nie papieru toaletowego......
Kolejny przykład, strona młodej amerykanki Sary Brown (http://www.queserasera.org/). W 2001 roku dziewczyna zaczęła wysyłać swoim przyjaciołom maile z najbardziej miażdżącymi fragmentami swoich starych dzienników. Inicjatywa ta szybko przerodziła się w blog internetowy, obecnie odbywają się nawet spotkania ludzi którzy czytają na głos (!) swoje stare wiersze, pamiętniki, listy.... I to wszystko dzięki jednej osobie która postanowiła stanąć twarzą w twarz ze swoim siedemnastoletnim przewrażliwionym, infantylnym alter-ego.
Szkoda że sam wywaliłem swoje "dzienniki", szkoda że sam na to nie wpadłem, ten pomysł jest taki dobry.......
Jednym słowem, zawsze można dać od siebie coś ciekawego, intrygującego i oryginalnego. Trzeba tylko użyć odrobiny wyobraźni by znaleźć złoty środek.
Jak tylko go znajdę dam wam znać.
Więcej niż jedno słowo...cóż.
Przywykłem już do wpatrywania się w tą straszną pustą przestrzeń którą muszę zapełnić swoimi przemyśleniami. Jak zwykle takie wpatrywanie do niczego nie prowadzi. Zbyt blisko ikonki z napisem "Mozilla", zbyt blisko ulubionego serwisu filmowego, zbyt blisko forum na którym setki ludzi czekają żeby im udowodnić że moja prawda jest najmojsza, zbyt blisko stron z pornosami (serio, wiedzieliście że istnieje pornograficzny odpowiednik YouTube ?) (czy w nawiasach można stawiać znaki zapytania ?).....
Must write blog......Must focus......
Słowem nie wiem co napisać, złapałem jakąś bloggerską blokadę twórczą. Pewnie że mógłbym iść na łatwiznę, kogoś obchodzi co jadłem na śniadanie ?
Jadłem płatki na śniadanie, z mlekiem....Czekoladowe moje ulubione, więc dzień zaczął się nieźle, ale potem przyszła ta irytująca sąsiadka której znowu zawiesiła się komórka.....
Czy naprawdę kogoś to obchodzi ? Kto chce znać zawartość mojego żołądka ? Chyba tylko najbardziej zdesperowani fani reality show którzy wciąż nie mogą się pogodzić z faktem że telewidzowie ostatnio bardziej się interesują czy Edyta Herbuś potrafi śpiewać/tańczyć/przeżyć spotkanie z tygrysem syberyjskim uzbrojona tylko w krzesło i zatemperowaną marchewkę (?). Naprawdę w tym miejscu sam bym przestał czytać swojego bloga, chyba że pani Ziuta z domu obok nagle okazała by się kontaktem arabskich fundamentalistów a do mojego mieszkania wpadłby agent Jack Bauer wymachując pistoletem.......Doprawdy nikogo nie obchodzi co jesz na śniadanie uparty blogowiczu/blogowiczko, wszyscy maja gdzieś twoje zakupy/zdjęcia twojej rodziny/czy ulubiony rodzaj musztardy.
Jeśli naprawdę chcesz żeby ludzie z wypiekami na twarzy czytali o twojej nowej roślinie doniczkowej musisz spełnić jeden podstawowy warunek.
Byc sławny/a. Występować w jakiejś telenoweli która gości w domach polskich gospodyń domowych/"zbuntowanej" młodzieży (lepsza jest ta druga grupa społeczna, bo ta pierwsza często nie wie jeszcze co to internet), być żoną znanego piłkarza, albo znanym piłkarzem, czy ewentualnie wygrać jakiś popularny program z cyklu "na krzywy ryj do tv" (w tym ostatnim przypadku należy korzystać z możliwości póki są one dostępne, to jest do kolejnej edycji tegoż programu). Wtedy gwarantują, twój blog będzie miał setki tysięcy wejść rocznie (tak samo jak twój śmietnik).
Oczywiście zdaje sobie sprawę że właśnie obraziłem jakieś 99% swoich znajomych która prowadzi blogi, cóż żeby nie było ze potrafię tylko narzekać postaram sie chwycić w swoje ręce ciężki ster inspiracji.
Natrafiłem ostatnio na dość ciekawa książkę autorstwa nieznanej w naszym kraju niewiasty o imieniu Margaret Mason. Książszczyna ta zwie się "No One Cares What You Had for Lunch: 100 Ideas for Your Blog", i jak można się domyśleć z tytułu (speak english or die) dotyczy praktycznej sztuki czynienia swojego bloga interesującym. Autorka podaje również kilka przykładów które chciałbym w dzisiejszym tekście wyszczególnić (mam nadzieję że nie łamię żadnych praw autorskich czy cuś).
I tak jako przyklad z numerem primo mamy bloga autorstwa niejakiej Heather Powazek Champ (www.hchamp.com) która mieszka w San Francisco, nakłania ludzi do robienia sobie kapeluszy z foli i nie opuszcza domu bez aparatu (co mi przypomina pewna osobę, jeśli to czytasz you know who you are). Heather podjęła się pewnej specyficznej misji........
"Kiedy zostanę królową moim pierwszym dekretem będzie rozkaz prawidłowego umieszczania papieru toaletowego w pojemnikach do tego przeznaczonych.(...) A co z wygoda użycia, zapytacie ? Mam gdzieś wygodę użycia. Chcę żeby świat był piękniejszym miejscem, i zacznę od twojej toalety. Dziękuję."
Chore ? Tak. No i co z tego ? Chore jest interesujące, normalne jest nudne.
Poza tym na stronie Heather można zobaczyć kilka fajnych fotek, o dziwo nie papieru toaletowego......
Kolejny przykład, strona młodej amerykanki Sary Brown (http://www.queserasera.org/). W 2001 roku dziewczyna zaczęła wysyłać swoim przyjaciołom maile z najbardziej miażdżącymi fragmentami swoich starych dzienników. Inicjatywa ta szybko przerodziła się w blog internetowy, obecnie odbywają się nawet spotkania ludzi którzy czytają na głos (!) swoje stare wiersze, pamiętniki, listy.... I to wszystko dzięki jednej osobie która postanowiła stanąć twarzą w twarz ze swoim siedemnastoletnim przewrażliwionym, infantylnym alter-ego.
Szkoda że sam wywaliłem swoje "dzienniki", szkoda że sam na to nie wpadłem, ten pomysł jest taki dobry.......
Jednym słowem, zawsze można dać od siebie coś ciekawego, intrygującego i oryginalnego. Trzeba tylko użyć odrobiny wyobraźni by znaleźć złoty środek.
Jak tylko go znajdę dam wam znać.
Więcej niż jedno słowo...cóż.
czwartek, 6 marca 2008
Jak dotrzec z punktu A do punktu B nie denerwując pozostałych literek ?
Raz na jakiś czas, gdy planety ustawią się w odpowiedni sposób nachodzi mnie pewna myśl. myśl którą powinienem czym prędzej przepędzić dla swojego własnego dobra.....Jednakże akurat teraz, właśnie w tym dniu na wierzch wychodzi pewna masochistyczna cecha mojej osobowości, która aż podskakuje z podekscytowania na myśl że po raz kolejny staram się włożyć mokry widelec w sam środek kontaktu.
Tak więc myśl rozkwita, pączkuje, rozmnaża się i w końcu przeradza się w swojego znacznie bardziej niebezpiecznego starszego brata, czyn. I zaczyna się lawina......
Myśl pojawiła się dzisiaj ok godziny 16:00.
-Zbliża się weekend-powiedziała - można gdzieś wyjść, a nie kisić się w domu. Palce same sięgnęły po telefon i zaczeły układac teksty kolejnych wiadomości tekstowych. Najpierw napisały do pana A, pan A wielbiciel napoi owocowych o krótkim czasie fermentacji narzekał ostatnio że nie stać go na przesiadywanie w "ekskluzywnych" barach w jakich przesiadujemy, i z chęcią przeszedł by się do swojej ulubionej żulerni gdzie jego drugi ulubiony napój wyrabiany na bazie chmielu kosztuje tylko 3.50 zł. Kilka dni pózniej opowiedziałem o tym pomyśle panu B. A że pan B również groszem nie śmierdzi, a takie same napoje lubi osiągnęliśmy natychmiastowe porozumienie.
Kolejna wiadomość poszła więc do pana B, następna do pana C, D, E, i pań F i G.....Po namyśle ręce moje postanowiły napisać do pani H.
Pani H należy się osobny akapit, jest to bowiem ciekawy przypadek. Znacie takich ludzi którzy do tego stopnia uwielbiają swój dom ze staja się jednym z mebli, jakie domostwo ma na wyposażeniu ? Ja znam. Pani H jest właśnie takim przypadkiem, od dłuższego czasu próbuję jej pokazać że może warto poznać jakieś nowe meble, wstawić do salonu nową półeczkę, tapczanik.....Niestety przeprowadzki zawsze ciężko mi szły.......
No ale w końcu skoro Kopernik ruszył ziemię...........
Jakieś kilka minut później pojawiają się pierwsze odpowiedzi. Najpierw pisze pan C, nie wie czy mu się uda, bo może jutro pracować. Standard. Potem dzwoni pan E, nie może bo pracuje. No cóż i tak dobrze ze nie wyjechał za granice do roboty........Pani F ma ospę, lepiej niech nie przyjeżdża, chyba że w kombinezonie ochronnym. Zaś pani G umówiła się z chłopakiem.
No i fajnie, nie mam do tych ludzi żalu. Ciężko oczekiwać że skoro ja nie mam życia to oni się do mnie dostosują, prawda ? Wręcz przeciwnie jestem im diablo wdzięczny, przynajmniej tym którzy stawiają na szybkie męskie decyzje.
Kulminacja nadchodzi jednak wieczorem, gdy na żywo próbuję dojść z panem A i B oraz panią H, do jakiegoś konsensusu na temat miejsca spotkania. Wyobraźcie sobie, komunikator internetowy, i trzy otwarte okienka jednocześnie mrugające w twoim kierunku z wściekłością. Nowe koncepcje powstają z szybkością światła. Pani H nagle postanowiła wyjść na miasto poszaleć (w odpowiednio bezpiecznej odległości od swojego domu oczywiście) i już już TERAZ chce znać odpowiedz. Pan A jeszcze się waha, nie rozumiejąc dlaczego komuś nie podoba się przesiadywanie w barze w którego toalecie codziennie rodzą się nowi mieszkańcy Częstochowy. A pan B nagle po miesiącach nieustającej libacji znalazł nowa drogę życia i pragnie świeżego powietrza. Na początku marca. Przy wietrze który nawet najstarszym góralom wyrywa protezy zębów.
Nagle zrozumiałem uniwersalną prawdę. Po godzinach obmyślania strategi które Pattona wysłały by na przyśpieszoną emeryturę w zakładzie dla taktycznych inaczej, ukazał mi się Budda i osiągnąłem Nirvanę.
-Pierdol znajomych- powiedział - zostań w domu i przeczytaj książkę. Obejrzyj film, graj w Mario przez cały dzień, onanizuj się przy pomocy rury od odkurzacza. Rób cokolwiek.COKOLWIEK. Tylko kurwa nie wychodź z domu.
Ciężko się nie zgodzić. W końcu to Budda.
Tak więc myśl rozkwita, pączkuje, rozmnaża się i w końcu przeradza się w swojego znacznie bardziej niebezpiecznego starszego brata, czyn. I zaczyna się lawina......
Myśl pojawiła się dzisiaj ok godziny 16:00.
-Zbliża się weekend-powiedziała - można gdzieś wyjść, a nie kisić się w domu. Palce same sięgnęły po telefon i zaczeły układac teksty kolejnych wiadomości tekstowych. Najpierw napisały do pana A, pan A wielbiciel napoi owocowych o krótkim czasie fermentacji narzekał ostatnio że nie stać go na przesiadywanie w "ekskluzywnych" barach w jakich przesiadujemy, i z chęcią przeszedł by się do swojej ulubionej żulerni gdzie jego drugi ulubiony napój wyrabiany na bazie chmielu kosztuje tylko 3.50 zł. Kilka dni pózniej opowiedziałem o tym pomyśle panu B. A że pan B również groszem nie śmierdzi, a takie same napoje lubi osiągnęliśmy natychmiastowe porozumienie.
Kolejna wiadomość poszła więc do pana B, następna do pana C, D, E, i pań F i G.....Po namyśle ręce moje postanowiły napisać do pani H.
Pani H należy się osobny akapit, jest to bowiem ciekawy przypadek. Znacie takich ludzi którzy do tego stopnia uwielbiają swój dom ze staja się jednym z mebli, jakie domostwo ma na wyposażeniu ? Ja znam. Pani H jest właśnie takim przypadkiem, od dłuższego czasu próbuję jej pokazać że może warto poznać jakieś nowe meble, wstawić do salonu nową półeczkę, tapczanik.....Niestety przeprowadzki zawsze ciężko mi szły.......
No ale w końcu skoro Kopernik ruszył ziemię...........
Jakieś kilka minut później pojawiają się pierwsze odpowiedzi. Najpierw pisze pan C, nie wie czy mu się uda, bo może jutro pracować. Standard. Potem dzwoni pan E, nie może bo pracuje. No cóż i tak dobrze ze nie wyjechał za granice do roboty........Pani F ma ospę, lepiej niech nie przyjeżdża, chyba że w kombinezonie ochronnym. Zaś pani G umówiła się z chłopakiem.
No i fajnie, nie mam do tych ludzi żalu. Ciężko oczekiwać że skoro ja nie mam życia to oni się do mnie dostosują, prawda ? Wręcz przeciwnie jestem im diablo wdzięczny, przynajmniej tym którzy stawiają na szybkie męskie decyzje.
Kulminacja nadchodzi jednak wieczorem, gdy na żywo próbuję dojść z panem A i B oraz panią H, do jakiegoś konsensusu na temat miejsca spotkania. Wyobraźcie sobie, komunikator internetowy, i trzy otwarte okienka jednocześnie mrugające w twoim kierunku z wściekłością. Nowe koncepcje powstają z szybkością światła. Pani H nagle postanowiła wyjść na miasto poszaleć (w odpowiednio bezpiecznej odległości od swojego domu oczywiście) i już już TERAZ chce znać odpowiedz. Pan A jeszcze się waha, nie rozumiejąc dlaczego komuś nie podoba się przesiadywanie w barze w którego toalecie codziennie rodzą się nowi mieszkańcy Częstochowy. A pan B nagle po miesiącach nieustającej libacji znalazł nowa drogę życia i pragnie świeżego powietrza. Na początku marca. Przy wietrze który nawet najstarszym góralom wyrywa protezy zębów.
Nagle zrozumiałem uniwersalną prawdę. Po godzinach obmyślania strategi które Pattona wysłały by na przyśpieszoną emeryturę w zakładzie dla taktycznych inaczej, ukazał mi się Budda i osiągnąłem Nirvanę.
-Pierdol znajomych- powiedział - zostań w domu i przeczytaj książkę. Obejrzyj film, graj w Mario przez cały dzień, onanizuj się przy pomocy rury od odkurzacza. Rób cokolwiek.COKOLWIEK. Tylko kurwa nie wychodź z domu.
Ciężko się nie zgodzić. W końcu to Budda.
piątek, 9 listopada 2007
Wasted.
To nie jest jakaś nowość. Nie, nie internet, ten blog nie jest nowością. Jeśli gdzieś w was czai sie jakaś masochistyczna nuta która nie pozwala wam przezyć bez dziennej dawki blogów, mogliscie już trafić na ten charakterystyczny tytuł.
Moja pierwsza nieśmiała próba "blogowania" była tak naprawdę sposobem na wyrażenie swojej wściekłości, rozpaczy, beznadzieji i innych radosnych emocji jakie kryją się w tobie gdy rzuci cię dziewczyna. Oczywiście poprzedni adres stał się hitem wśród podobnych mojej osobie niesmiałych pozbawionych jakiejkolwiek godnosci dziwaków, którzy powinni w końcu zaakceptować fakt że żadna kobieta nie zapewni im tyle miłości co ich własny komputer. Ok, w moim przypadku "hit" oznacza jakieś siedem komentarzy, nie jestem zbytnio wymagajacy. Piss off.
Kolejna próba literacka składała się z :
-jednej recenzji z koncertu Queens of the Stoneage
-jednego wpisu na temat popijawy we Wrocławiu (która zainteresowała tylko obecnych)
potem z braku tematów głównie zajmowalem się rzucaniem opiniami na temat różnych filmów. Rzucanie opini to fajna sprawa, niestety zazwyczaj wiekszość osób jest zbyt zajęta wygłaszaniem własnych opini by zauważyć twoje.
W ten sposób zakończył się żywot drugiego bloga, który był trochę bardziej popularny niz ten pierwszy. Głównie dlatego że większość ludzi woli czytać o tym gdy pewna pani przez przypadek zajżała do ubikacji w której siedziałem gdy bylismy w barze, niż o tym jak strasznie kochałem swoją ex która teraz traktuje mnie jak złużyty przedmiot służący do higieny osobistej.
Zapłaciłem 10 zł plus VAT za ten kawałek %$%$$ego miejsca w internecie.
No i w ten sposób trafiliśmy do terazniejszości. Kolejny świerzy start, na horyzoncie pojawiają się gołębie, a może mewy? No coś w każdym bądz razie pojawia się.
Dlaczego postanowiłeś spróbować jeszcze raz ?- Zapytacie. Cóż, uświadomilem sobie ostatnio jaki jest cel mojej misji. Gdy szedłem ulicą, z nieba stąpił promień jasnego światła i usłyszałem głos Boga (a może to był John Lennon ? nie jestem pewny) który wyjawił mi moje przeznaczenie. Właściwie to podążam tą ścieżką już od dłuższego czasu, musialem sie tylko upewnić. Moja misja jest jasna, musze dołączyć do setek ludzi którzy codziennie starają się jak mogą by zamienić skarbnice wiedzy, jaką początkowo miał być internet w gigantyczne, cuchnące śmietnisko. Jednym słowem, marnotrawstwo przestrzeni. Spóżcie prawdzie w oczy, przez cały swój żywot marnotrawimy straszne ilości.....wszystkiego. 99 % naszej populacji spędza swoją egzystencję na tej planecie marnując jej zasoby, a pozostały 1 % spędza swoje wymyślając w jaki sposób naprawić to co spieprzyła reszta. A w chwili gdy dostalismy w nasze brudne, spocone łapska nowy wynalazek zwany internetem byliśmy zachwyceni że znalazła się nowa przestrzeń w której mozna nabruzdzić. Teraz każdy moze nakrecić filmik w którym jego kolega z klasy wypija butelkę wódki w 2 minuty i wrzucić go na YouTube (cześć Michał :P), albo zasypywać ludzi setkami przemyśleń na temat nowych podbojów Paris "tu wchodzić" Hilton. Dlaczego więc ja miałbym postępować inaczej ? Całe swoje życie poświęcałem się marnotrawienu zasobów tej pięknej planety, nadszedł czas by sie rozwinąć ! Nowe przestrzenie stoją otworem ! Ekspansja !
Dlatego też jeśli po lekturze tego tekstu uświadomicie sobie że właśnie straciliście 10 minut ze swojego cennego życia, 10 minut które można było poświęcić na coś produktywnego, np szukanie lekarstwa na głupotę (hej kiedyś trzeba zacząć), znaczy to że osiągnąłem swój cel.
No ale hej, przecież w telewizji i tak nie ma nic wartego uwagi. Zamieść jakiś komentarz, no dalej.
I dare you.
Moja pierwsza nieśmiała próba "blogowania" była tak naprawdę sposobem na wyrażenie swojej wściekłości, rozpaczy, beznadzieji i innych radosnych emocji jakie kryją się w tobie gdy rzuci cię dziewczyna. Oczywiście poprzedni adres stał się hitem wśród podobnych mojej osobie niesmiałych pozbawionych jakiejkolwiek godnosci dziwaków, którzy powinni w końcu zaakceptować fakt że żadna kobieta nie zapewni im tyle miłości co ich własny komputer. Ok, w moim przypadku "hit" oznacza jakieś siedem komentarzy, nie jestem zbytnio wymagajacy. Piss off.
Kolejna próba literacka składała się z :
-jednej recenzji z koncertu Queens of the Stoneage
-jednego wpisu na temat popijawy we Wrocławiu (która zainteresowała tylko obecnych)
potem z braku tematów głównie zajmowalem się rzucaniem opiniami na temat różnych filmów. Rzucanie opini to fajna sprawa, niestety zazwyczaj wiekszość osób jest zbyt zajęta wygłaszaniem własnych opini by zauważyć twoje.
W ten sposób zakończył się żywot drugiego bloga, który był trochę bardziej popularny niz ten pierwszy. Głównie dlatego że większość ludzi woli czytać o tym gdy pewna pani przez przypadek zajżała do ubikacji w której siedziałem gdy bylismy w barze, niż o tym jak strasznie kochałem swoją ex która teraz traktuje mnie jak złużyty przedmiot służący do higieny osobistej.
Zapłaciłem 10 zł plus VAT za ten kawałek %$%$$ego miejsca w internecie.
No i w ten sposób trafiliśmy do terazniejszości. Kolejny świerzy start, na horyzoncie pojawiają się gołębie, a może mewy? No coś w każdym bądz razie pojawia się.
Dlaczego postanowiłeś spróbować jeszcze raz ?- Zapytacie. Cóż, uświadomilem sobie ostatnio jaki jest cel mojej misji. Gdy szedłem ulicą, z nieba stąpił promień jasnego światła i usłyszałem głos Boga (a może to był John Lennon ? nie jestem pewny) który wyjawił mi moje przeznaczenie. Właściwie to podążam tą ścieżką już od dłuższego czasu, musialem sie tylko upewnić. Moja misja jest jasna, musze dołączyć do setek ludzi którzy codziennie starają się jak mogą by zamienić skarbnice wiedzy, jaką początkowo miał być internet w gigantyczne, cuchnące śmietnisko. Jednym słowem, marnotrawstwo przestrzeni. Spóżcie prawdzie w oczy, przez cały swój żywot marnotrawimy straszne ilości.....wszystkiego. 99 % naszej populacji spędza swoją egzystencję na tej planecie marnując jej zasoby, a pozostały 1 % spędza swoje wymyślając w jaki sposób naprawić to co spieprzyła reszta. A w chwili gdy dostalismy w nasze brudne, spocone łapska nowy wynalazek zwany internetem byliśmy zachwyceni że znalazła się nowa przestrzeń w której mozna nabruzdzić. Teraz każdy moze nakrecić filmik w którym jego kolega z klasy wypija butelkę wódki w 2 minuty i wrzucić go na YouTube (cześć Michał :P), albo zasypywać ludzi setkami przemyśleń na temat nowych podbojów Paris "tu wchodzić" Hilton. Dlaczego więc ja miałbym postępować inaczej ? Całe swoje życie poświęcałem się marnotrawienu zasobów tej pięknej planety, nadszedł czas by sie rozwinąć ! Nowe przestrzenie stoją otworem ! Ekspansja !
Dlatego też jeśli po lekturze tego tekstu uświadomicie sobie że właśnie straciliście 10 minut ze swojego cennego życia, 10 minut które można było poświęcić na coś produktywnego, np szukanie lekarstwa na głupotę (hej kiedyś trzeba zacząć), znaczy to że osiągnąłem swój cel.
No ale hej, przecież w telewizji i tak nie ma nic wartego uwagi. Zamieść jakiś komentarz, no dalej.
I dare you.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
